Historia Klubu
spisane przez Tomasza Rogowskiego © & Grzegorza Rawęskiego
Mówi się, że “najstarsi ludzie tego nie pamiętają”. Zresztą nic w tym dziwnego, bo najstarszym ludziom pamięć zazwyczaj szwankuje. Dlatego początków koszalińskiego żeglarstwa trudno szukać w ludzkich wspomnieniach. Dwudziestolatkowie, którzy pół wieku temu zaczynali, mają dziś siedemdziesiątkę. Wielu rozjechało się po całym świecie. Część odeszła już na wieczną wachtę. Z lat czterdziestych i pięćdziesiątych zachowały się tylko pojedyncze dokumenty i strzępy wspomnień.
Zaczęło się zaledwie kilka miesięcy po przewaleniu się frontu, gdy pierwsi polscy osadnicy nie zdążyli się jeszcze na dobre zadomowić. Opowiada 16 letni wówczas Henryk Hora:
W drużynę harcerską o nazwie “Wilki Morskie” zaczęliśmy się organizować już latem 1945 roku. Pod wodzą byłego komandora marynarki wojennej pana Mikołajczyka. Było nas, założycieli, 18, lecz liczba chętnych z tygodnia na tydzień wzrastała. Akwenem szkoleniowym (o ile nie za mocna to nazwa) był staw miejski przy ulicy Piastowskiej. Sprzęt wyszukaliśmy w pobliskich nieistniejących już dziś domach, podwórkach i obejściach. Były to wiosłówki - bączki i kilka zdezelowanych sklejonych kajaków. Na tym “sprzęcie” uczyliśmy się wiosłowania i wiosłowych manewrów. Była to emocjonująca zabawa. Na noc sprzęt cumowaliśmy przy wyspie, a kajaki wyciągano na ląd. Władze przydzieliły nam na ulicy Piastowskiej domek (dziś już go nie ma), w którym powstała żeglarska harcówka. Tu trzymaliśmy wiosła, kapoki i dulki. Tu też po uprzednim wyposażeniu pomieszczeń w poniemieckie meble odbywały się zbiórki i prowizoryczne szczątkowe szkolenia. Wszyscy byliśmy po marynarsku umundurowani, a pierwsze w 1945 roku “Dni Morza” nad stawem były dużą uroczystością naszej drużyny. Latem tego roku opiekę nad nami przejęło Przysposobienie Sportowo - Obronne. Przeprowadziliśmy się na teren dzisiejszej przystani “Trampa” do Mielna. Była prawie pusta. Zastaliśmy jeden drewniany barak, zniszczone pomosty i kilka podtopionych żaglówek. Okazały był jedynie szynowy slip z ręczną windą, ułatwiający wodowanie i slipowanie sprzętu, tudzież dekoracyjna kotwica admiralicji, zaczęły się remonty.
Z zapałem skrobaliśmy i malowaliśmy żaglówki. Jesienią miała się odbyć uroczystość otwarcia przystani. Pomagali nam żołnierze z WOP - owskiej strażnicy. Częstymi gośćmi wśród nas byli żołnierze ze stacjonującej w Unieściu rosyjskiej grupy. Przyjeżdżali do nas bryczką. Ich koń zwał się “Marjak” i był naszym ulubieńcem. Pomagali nam trochę w przygotowaniu sprzętu do uroczystości. Zadaniem ich było utrzymanie i reperowanie sztucznej drewnianej wyspy zakotwiczonej na Dużym Jamnie. Wyspa ta stanowiła cel- bombardowisko dla ćwiczących nad jeziorem ostre strzelania i bombardowanie garbatych “Iliuszynów” z rosyjskich dywizjonów Bagicz-Podczela.
Wreszcie wczesną jesienią nastąpiło pierwsze podniesienie bandery i otwarcie przystani. Poświęcenia sztandaru dokonał ksiądz proboszcz koszalińskiej parafii. Byłem chorążym trzymałem sztandar. Przy pomostach kiwały się na fali odświeżone łodzie. Nie było tego wiele. Parę wiosłówek, kajaków, jedna duża wiosłowo- żaglowa szalupa i dwa kabinowe jachty “Lech” i “Korsarz”. Uroczystość była huczna i doniosła.
Trochę później działalność żeglarską podjęły Organizacja Przysposobienia Obronnego i Wychowania Fizycznego oraz Liga Morska.
Jak już wspomnieliśmy: początki TRAMPA giną w pomroce dziejów. Przed trzydziestu laty za datę powstania klubu przyjęto 20 czerwca 1948 r., kiedy to starosta koszaliński Dobrzyński wręczył pierwsze 22 książeczki żeglarskie członkom koszalińskiego Jacht Klubu GRYF. Zrzeszał on pracowników: banków, spółdzielczości oraz I Zachodnio-Pomorskiej Spółki Mechaników Samochodowych. Kadrę stanowili zaś ludzie związani z żeglarstwem jeszcze przed wojną.
Pierwszy duży kurs żeglarski zorganizowała Liga Morska w 1950 r. Przeznaczony był dla młodzieży koszalińskich szkół średnich, głównie mechanika i handlówki. Grupa, która przeszła 102 godzin zajęć teoretycznych i praktycznych oraz obowiązkowy wyjazd do jednego z trzech Centralnych Ośrodków Szkolenia Żeglarskiego, w Kruszwicy, Jastarni i Giżycku w niedługim czasie stała się trzonem klubu. Byli to między innymi: Tadeusz Mosiejuk, Marian Zborowski, Longin Tosiński, Zbigniew Wzorek, Czesław Praisner, Grzegorz Rawęski, Antoni Burzyński, Włodzimierz Kmieciak i Mieczysław Moskwa. Dwa lata później Grzegorz Rawęski, którego jeszcze nie nazywano “Karafką”, jako pierwszy zawodnik z Koszalina, wystartował w Żeglarskich Mistrzostwach Polski Klasy “Olimpijka” w Kiekrzu. Zajął tam 27 miejsce na 64 startujących. Kolejny duży kurs zorganizowano w Koszalinie w 1953 r. W jego wyniku przybyli do klubu: Mieczysław Szaciński, Jerzy Skrzypczak, Jan Świdwa, Edmund Trojanowski i Ryszard Lewandowski. Część z nich wzięła udział w obozach Ligi Morskiej w Giżycku, niektórzy już jako młodsi sternicy podinstruktorzy.
procenty Dumny szyld OŚRODEK SPORTÓW WODNYCH LIGI MORSKIEJ tkwił na blaszanym hangarze. Krajobrazu przystani w Mielnie dopełniła blaszana szopa i slip. Nowe były tylko deski na pomoście. W tym czasie klub dysponował jednym pełnomorskim jachtem ZEFIR, wiosłowo - żaglową szalupą FRANCISA, kilkoma bączkami i kajakami z żaglem P-47. O wszystko dbał bosman szkutnik Krzysztof Czajkowski.
W tym czasie żeglować wolno było tylko po Małym Jamnie, do linii łączącej Podamirowski Cypel i dzisiejszą przystanią WDW w Unieściu. Stała tam wówczas wieża strażnicza z dyżurującym na okrągło wopistą. Wypłynięcie na duże Jamno poza linię wyznaczoną bojami, groziło ostrzelaniem. Kilka razy ponoć do tego doszło. Na szczęście nikt nikogo nie trafił, więc dowodów nie ma. Nocami zaś łodzie były przytwierdzane stalowymi linami do pomostu i zamykane na kłódkę.
Dostać się z Koszalina na przystań nie było łatwo. Pociąg do Mielna kursował 4 razy dziennie. Do tego dochodziły 3 kursy autobusu. Od stacji kolejowej był jednak szlaban i dalej trzeba było iść pieszo. Trzeba było się liczyć także z ciągłymi kontrolami dokumentów. Była to w końcu strefa graniczna, a pogranicznicy patrzyli na żeglarzy wyjątkowo podejrzliwie jako na potencjalnych uciekinierów do “wolnego świata”. W tym czasie bosman Czajkowski wyremontował dwie “Hetki, które nazwano Morka i Bryza.
Mimo znacznych osiągnięć Liga Morska została rozwiązana, mówiono, że powodem były jej przedwojenne korzenie, a szczególnie to, że miała wtedy w nazwie przymiotnik “kolonialna”.
W społeczeństwie budującym komunizm było to nie do pomyślenia. Organizacja przestała więc istnieć, a schedę po niej przejęła LIGA PRZYJACIÓŁ ŻOŁNIERZA. Szczerze mówiąc żeglarzom było obojętne pod jaką banderą pływają, tym bardziej, że początek był obiecujący. Dzięki nowej firmie przybyło sprzętu pływającego. Najpierw przy pomoście w Mielnie pojawiły się cztery żaglowe bączki BK oraz trzy ośmiowiosłowe SZ-ki. Znalazły się także pieniądze na: farby, lakiery, liny i osprzęt oraz dodatkowy etat dla szkutnika. Była w tym duża osobista zasługa pracowników Wydziału Wodnego Zarządu Wojewódzkiego LPŻ Mundka Trojanowskiego, Romana Bernera i Bronka Szmidta. Z roku na rok Klubowi Morskiemu LPŻ przybywało członków i sprzętu. Co roku organizowane były kursy żeglarskie i kolejna grupa młodzieży jechała szkolić się do Centralnych Ośrodków. Organizowane były też Koła Zainteresowań Morskich. Regularnie odbywały się regaty, rejsy i spływy kajakowe. W tej ostatniej dziedzinie prym wiedli bracia Witold i Janusz Konwiccy.
Stopniowo ulegały złagodzeniu drakońskie przepisy graniczne. Wreszcie można było pływać po całym Jamnie. Było już gdzie organizować rejsy szkoleniowe nawet nocne. Pierwsze regaty O BŁĘKITNĄ WSTĘGĘ JAMNA wygrał sternik Janusz Ostrowski z rybackiej, mieleńskiej rodziny płynący na staruszku ZEFIRZE. Był to nadal jeszcze flagowy jacht klubu. W międzyczasie klub dostał trzy nowe bojery klasy LUDOWY o 8 metrach kwadratowych żagla, konstrukcji Ottona Weilanda. Na nich rozegrano pierwsze i jak dotąd jedyne Mistrzostwa Okręgu w Żeglarstwie Lodowym. Wygrał je Ryszard Poturaj z Mielna.
Lata 50-te były w sumie okresem wzmożonego wysiłku żeglarzy przy doprowadzaniu przystani i sprzętu do przyzwoitego stanu. W 1957 r. w wyniku rozpisanego konkursu, do nazwy klubu dodano nowy człon. Od tej chwili jego pełna nazwa brzmiała - Klub Morski LPŻ “TRAMP”. Nazwa zobowiązywała w końcu żeglarze z Mielna zdobyli upragniony własny jacht pełnomorski s/y ORKAN II. W relacji “Karafki” odbyło się to następująco:
- Dziwna i nietypowa to była historia, związana z wejściem w posiadanie naszego pierwszego jachtu morskiego, s/y “Orkan II”. Przekazy, już nie ustne, twierdzą, że powojennym okresie żywiołowej aktywizacji małych portów środkowego wybrzeża ten szybki szwedzki motorowo-żaglowy jacht był częstym gościem w Darłowie i Ustce, wożąc regularnie kontrabandę w obie strony. Co przywoził ze Skandynawii przekazy milczą, choć łatwo sobie wyobrazić, że w tym trudnym okresie na pewno wszystko. W tamtą zaś stronę-wiadomo! Nasz najważniejszy i cieszący się stałym i wysokim wzięciem, szczególnie u potomków wikingów, artykuł spożywczo-przemysłowy.
Trwał ten stan rzeczy przez jakiś czas, wyzwalając poczucie bezkarności i usypiając tak niezbędną przy uprawianiu tego procederu czujność kapitana przemytnika, który być może sam, a być może i z załogą, często gęsto zaglądał do kielicha, co przy tego rodzaju ładunku wydaje się być bardzo prawdopodobne.
Faktem jest,, że pewnego dnia władze celno - graniczne, w sposób, co należy przypuszczać, taktowny i na pewno nie mniej stanowczy rozprawiły się z właścicielem - kapitanem - przemytnikiem (i opojem według przypuszczeń), nakładając na niego wysoką grzywnę, a na jacht areszt. Grzywna nigdy nie została spłacona, kapitan wrócił niepyszny w rodzinne strony bez jachtu i przemytu, a jacht przejęły polskie władze graniczne. Przez pewien, trudny dziś do określenia czas, bez masztów i ożaglowania, lecz pod mocnym, 40 - konnym, szwedzkim benzynowym “Albinem” pełnił służbę patrolową na naszych przybrzeżnych wodach pod miłą nazwą “Zosia”.
Gdy silnik zaczął “wysiadać”, a części do niego nie było, jednostka coraz częściej niszczała na cumach. W tej sytuacji Bronek Szmidt i Roman Berner, podówczas pracownicy Wydziału Wodnego Zarządu Wojewódzkiego Ligii Przyjaciół Żołnierza, wywąchali “Zosię” i po krótkich pertraktacjach, nazwijmy je umownie handlowo - towarzyskimi, za symboliczną złotówkę i litr wódki (wódka nie była przedmiotem transakcji) odkupili jacht dla LPŻ. Był to rok 1956. Po wyremontowaniu jednostki, po jej omasztowaniu i ożaglowaniu, po niewielkich adaptacjach wnętrza i remoncie silnika, który notabene nie na wiele się zdał, jacht przechrzczony na “Orkana II”‘ w następnym 1957 roku wypłynął z pierwszymi załogami klubów Koszalina i Kołobrzegu, pod dowództwem jeszcze wtedy sternika I klasy Bronka Szmidta, w swoje pierwsze rejsy. Takie były początki koszalińskiego żeglarstwa morskiego.
Żeglarze jeszcze przed rejsem udawali się “na starankę” i po godzinie jacht był zaopatrzony. Jeszcze tylko benzyna na talony, po 5 złotych za litr, jeszcze tylko prognoza pogody z Kapitanatu Portu, jeszcze tylko skrzynia węgla i trochę drewna na rozpałkę i można było iść w morze. Szybka odprawa uprzejmych jak zwykle wopistów i Henio Kuryj brał nas za frajer kołobrzeską pilotówką na hol, puszczał pół mili za główkami, gdzie stawialiśmy żagle. Wachty wdrażały się w tok morskiej służby, kambuzowa przystępowała do “pitraszenia” pierwszego posiłku.
Kuchnia na “Orkanie II” była normalną kutrową kuchnią węglową. Konieczny był więc zapas węgla i drewna na rozpałkę, uzupełniany w każdym porcie. Rozpalała się wolno, niechętnie. Dymiła jak komin na prawdziwym parowcu. Dym gryzł w oczy, a biedna wachta kambuzowa miała pod dekiel pełne ręce roboty.
Komin wychodził z prawej burty prosto przez nadbudówkę, sięgał wysoko ponad bom, Kończył się jak na poważnych okrętach - układem wylotowym w kształcie litery H i dymił poważnie. Grotżagiel był prawie zawsze do połowy okopcony sadzą. Przy zwrotach jedna w wolnych wacht otrzymywała , niecodzienną i niemieszczącą się w żadnym podręczniku manewrowania jachtem żaglowym komendę: “Przygotować się do zdjęcia komina!”. Odpowiadała dzielnie “Jest, przygotować się do zdjęcia komina!” I za chwilę: “Komin do zdjęcia klar!” Kapitan: “Komin precz!” Wachta “Jest, komin precz!”, “Zwrot! W tym momencie sadza dokładnie zasypywała żagiel, pokład i załogę z kapitanem włącznie.
Po zwrocie boom przechodził na przeciwną burtę, padała komenda” “Komin staw!”. Wachta usmolona, jeśli nie poparzona, znacznie mniej wojowniczo odkrzykiwała “Jest, komin staw!”. Jacht przechylał się łagodnie na przeciwnym halsie i szedł dalej. Oprócz tych dodatkowych; “kominiarskich” padały normalne komendy prowadzącego jacht, na poszczególne żagle i szoty. Łatwo więc sobie wyobrazić, jakie było pewnego razu zdziwienie egzaminowanych na stopień sternika morskiego kursantów gdy Wysoka Komisja egzaminacyjna życzyła sobie wykonywania zadań już wystarczająco skomplikowanych manewrów pod żaglami z pełnymi komendami na komin. Ponieważ jednak Wysoka Komisja egzaminacyjna w większości przypadków ma zawsze rację, poddaliśmy się biernie tym życzeniom i egzaminy z pełnymi komendami - “na komin również” - zdaliśmy z marszu.
Zaczęły spełniać się marzenia. Jednocześnie trwała normalna praca klubowa. Na Jamnie szkolili się młodzi żeglarze. W Giżycku i Jastarni wyrosła się też grupka sędziów regatowych i instruktorów żeglarstwa. Byli wśród nich: Lucjan Kotarski, Grzegorz Rawęski, Janusz Ostrowski, Zbigniew Rupniewski, Tadeusz Gawałkiewicz i Krzysztof Czajkowski. W historii “Trampa” rok 1957 był więc rokiem morskim. Bruno Szmidt na “Zewie Morza” wypłynął na Morze Barentsa, do Narviku, odbywając przy okazji niezbędny staż kapitański. Do klubu wstąpił też Rysiek Wabik, o którego wyczynach będzie głośno później. W następnym sezonie już trzech trampowców poszło w pełnomorski rejs do Londynu i na EXPO’58 do Brukseli. Na podkładzie flagowego jachtu LPŻ s/y “Generał Zaruski” znaleźli się i Grzegorz Rawęski oraz Kazimierz Cebula z Kołobrzegu. Nawiasem mówiąc w tym rejsie popłynął również jeden z najsłynniejszych później polskich żeglarzy - Leonid Teliga.
Od tej chwili, rok w rok szło w morze coraz więcej załóg. Przybywało oficerów jachtowych – sterników morskich. ORKANEM II dowodzili już „właśni” kapitanowie Ryszard Semler i Bronisław „Bruno” Szmidt. Gdy oni nie mogli kapitana „pożyczało” się z innego klubu. W klubie ukształtowała się grupa żeglarzy morskich. Stopniowo dołączali do niej następni: Tadeusz Gawałkiewicz, Lucjan Kotarski, Zygmunt Struga, Zbigniew Oleksy, Andrzej Klemens, Janusz Ostrowski, Jerzy Patan, Ryszard Gąsik, Bolesław Sander, Ryszard Kowalski, Henryk Wojciechowski i wielu innych.
W tym czasie bosmanem na przystanie w Mielnie cały czas był potomek tatarskich bejów Krzyś Czajkowski. Ówcześni członkowie TRAMPA wspominają go jako „Żeglarza i instruktora doskonałego oraz wszechstronnie uzdolnionego. Wielki talent manualny, muzyczny i plastyczny, a co najważniejsze pedagogiczny i szkutniczy. Jego wspaniała postać, umiejętności, bezpośredni sposób bycia i autorytet tworzyły na przystani niepowtarzalny klimat. Oddany klubowi bez reszty mieszkał zresztą w drewnianym baraku na przystani. Jego choroba i przedwczesny zgon były pierwszą wielką stratą, którą ponieśliśmy”.
Początek lat sześćdziesiątych charakteryzował się bardzo intensywnym szkoleniem żeglarskim. Kursy ukończyli między innymi: Waldemar Łazora, Zdzisław Pietkiewicz, Kazimierz Cioch, Marian Malinowski, Andrzej Sobkowiak i Ryszard Neska. Odbywają się liczne rejsy na ORKANIE II. W tym czasie „odkryte zostało także Jezioro Drawskie. Do Czaplinka jeździło się dużymi zespołami, a wracało z patentami sternika w kieszeni. Na tych właśnie kursach stopnie żeglarskie zdobyli: Grzegorz i Roman Graczykowie, Jerzy Lange i wielu innych. Szkolenie prowadzone było w Liceum Medycznym, Wytwórni Części Samochodowych, Szkole Podstawowej nr 1, „handlówce”, a nawet poza terenem działania klubu w: Ustce, Złotowie, Człuchowie i Białogardzie. W tym czasie wręcz nieocenione usługi oddał klubowi jego komandor Józef Kaźmierczak oraz jego autobus, zwany potocznie Awto-Ławką, którym przez trzy lata, co niedzielę, dowoził członków klubu i kursantów na przystań, do Mielna.
W tym czasie „trampowcy” dokonali dwóch niezwykłych wyczynów żeglarskich. Waldek Łazora dokonał rejsu wokół Jamna wiosłując jednym wiosłem, na śrubkę. Z kolei Grzesiek Rawęski samotnie, kajakiem po raz pierwszy przepłynął rowami melioracyjnymi z Jamna na Bukowo. Niestety powoli wykruszały się stare, poniemieckie łodzie żaglowe. Części z nich (dwudziestki klasy E) przekazane zostały kołu LPŻ przy sianowskich „zapałkach”, gdzie grupa zapaleńców stworzyła zalążki sekcji żeglarskiej klubu VICTORIA. Dodatkowo sami w zakładzie zbudowali 3 PIRATY., a w Łazach przystań z pomostami i baraczkiem. Na wschodnim krańcu Jamna było już gdzie zacumować i żeglarze z TRAMPA chętnie tam zawijali. Dziś już niestety nie ma śladu po tej przystani, a żeglarze z Sianowa działają w TRAMPIE.
Braki w sprzęcie były uzupełniane nowymi zakupami za pieniądze Komitetu. Każdego roku coś przybywało. Najpierw pojawiły się piraty, a następnie Cadet, Omegi, OK. – dinghy, Hornety i Ramblery. Można już było odbywać regaty w poszczególnych klasach. Dwukrotnie zorganizowano więc mecze żeglarskie z Bydgoszczą w klasie Pirat (jeszcze przegrane). Swoją kasę otwarło Kuratorium Oświaty i Wychowania kupując Omegi, a także LPŻ fundując DZ-ę, która staje się flagową jednostką szkoleniową klubu. W tym czasie wyczynem, bardzo jeszcze skromnym, zajęli się: Janowie Chmieliński i Wysocki, Janusz Ostrowski i Tadeusz Gawałkiewicz, który jako pierwszy w klubie zdobył stopień instruktora żeglarstwa regatowego. Coraz bardziej stawało się widoczne, że TRAMPOWI potrzebne są nowe budynki. W trzech rozsypujących się barakach z trudem mieścił się na półkach osprzęt żeglarski. Ciężkie jednostki niszczały zimując dnem do góry pod gołym niebem.
Najwyższy czas było pomyśleć także o następcy ORKANA II. Przy Zarządzie Wojewódzkim LPŻ zawiązał się więc SPOŁECZNY KOMITET BUDOWY JACHTU MORSKIEGO. Groszem sypnęły wojewódzkie władze sportowe oraz gra liczbowa “Szczęśliwa fala”, a zakłady szkutnicze w Szczecinku zbudowały piękną drewnianą “pięćdziesiątkę” typu VEGA. Ponieważ największy wkład w jej powstanie wnmieśli żeglarze TRAMPA nadana została jej nazwa DAR KOSZALINA. Nowy jacht rozpoczął swą służbę rejsami bałtyckimi i po Morzu Północnym. Cumował w Kołobrzegu, a przez jego pokład przewijali się żeglarze z całego okręgu. Po pewnym czasie jednostkę “prawem kaduka” przejął kołobrzeski OSiR. Podobno tak zdecydowała partia. I tak już zostało.
Zmaterializowało się natomiast marzenie o nowych budynkach klubu. Zorganizowano kurs żeglarski dla najrozmaitszych dyrektorów, głównych księgowych, przewodniczących rad zakładowych, sekretarzy komitetów różnego szczebla itp. Zgłosiło się wielu koszalińskich notabli. Ta grupa, złapawszy żeglarskiego bakcyla, otworzyła przed klubem nowe możliwości. Andrzej Drabik, Wincenty Raczkowski i Walenty Rembeza zdobyli pieniądze na budowę siedziby klubu z prawdziwego zdarzenia. Ryszard Buchwald i Stanisław Załęski z “Miasto-projektu” załatwili projekt (autor inż. Nowicki), a wykonawstwa podjął się Walenty Rembeza, szefujący podówczas PBRolowi. Na budowie pracowali także pensjonariusze koszalińskiego więzienia, których “wypożyczenie” załatwił prezes Zarządu Wojewódzkiego LOK Stanisław Piwowarczyk. Klub rósł jak na drożdżach. Jesienią 1965 r., wmurowany został akt erekcyjny, a latem następnego roku wszystko było już gotowe. W historii TRAMPA było to wydarzenie epokowe.
W połowie lat sześćdziesiątych w posiadaniu klubu były 102 jachty: 14 Omeg, 13 Piratów, 12 Cadetów, 7 OK - dinghy, 5 Hornetów, a do tego jachty kabinowe, łodzie szkoleniowe i motorówki z ratowniczą SYRENKĄ włącznie. Była to największa liczba posiadanych łodzi w historii klubu. W 1965 r. żeglarze z TRAMPA wzięli udział w rejsie stażowo szkoleniowym z Jamna na Bukowo i z powrotem. Trzy łodzie prowadzili: Zbigniew Zając, Zenon Gronowski i Grzegorz Rawęski. Było to pierwsze wyjście z Jamna na morze. Od tej chwili jednostki z przystani na jeziorze regularnie pływały choćby do Kołobrzegu. W 1966 r., podczas prowadzenia w dół Wisły czterech kupionych w Warszawie Omeg, skostniały w listopadowym chłodzie Lech Wiśniewski rzucił niecodzienną propozycję. Wiele lat później Grzegorz Rawęski w swej książce “Dewiacja Seksualna” tak to opisywał:
- Pomysłodawcą był Leszek, a realizatorem cały klub. Wszystko zaczęło się od konieczności przewiezienia z Warszawy czterech zakupionych tam sosnowych Omeg. Koszty transportu czterech sporych łodzi były znaczne, postanowiliśmy więc przeprowadzić je Wisłą do Gdańska i zaoszczędzić trochę pieniędzy “odfajkowując” przy okazji pierwszy klubowy rejs rzeczny. Spuszczone na warszawskiej plaży nowiutkie , rozeschnięte w magazynach Omegi natychmiast poszły na dno i namakały wspólnie z nami, z tą tylko różnicą, że my na deszczu przy ledwie tlącym się ognisku, a one w rzece. Im wyszło to na dobre. Rano, po wybraniu wody i postawieniu “dziewiczych” żagli napęczniałe, nie cieknące mogły spokojnie żeglować. My nie bardzo. Rozpoczęty w strugach ulewy historyczny rejs trwał sześć dni. Tuż za Tczewem, przy drugim śniadaniu, Leszek rzucił myśl:
-Idzie dobrze! Rejs na razie udany, prowadzimy nowe Omegi, może by tak zmienić klimat i popłynąć jakąś cieplejszą rzeką, co ? - Nil odpada, krokodyle! Missisipi za daleko. Amazonka też. Zresztą dewizy. Może by tak Dunaj… Wreszcie to południe i druga rzeka w Europie. Co wy na to ? Co o tym myślicie ?
Myśleliśmy szybko. Zapadły decyzje i wszystkie od tego czasu działania klubu zostały podporządkowane jednemu tematowi. Organizujemy rejs śródlądowy DUNAJ’ 67 z Bratysławy do Russe, a jak dobrze pójdzie to i następne! “Głos Koszaliński” z 31 lipca 1967 roku mógł napisać: “koszalińscy żeglarze już nad Dunajem” i to był początek cyklu trzech kolejnych rejsów dunajskich, jakie klub nasz podjął w latach 1967-1969. Przy liczebności klubu- wówczas-120 członków uczestnictwo 60 osób w tych ciekawych rejsach, (to jest połowy), uznaliśmy (i nie tylko my) za wynik wzrastającej popularności, wręcz masowości żeglarstwa. Wymyślone na Wiśle, w październikową szarugę i zimno, słoneczne rejsy Dunajem przyniosły radość, uzasadnioną dumę, sporo turystyczno żeglarskich wrażeń, a klubowi znaczne osiągnięcia propagandowe, wzrost szeregów, (tudzież znaczenia) i to nie tylko w regionie.
W owym czasie w TRAMPIE szkolono co roku 80-100 żeglarzy i około 20 sterników. Pod czujnym okiem Artura Miśka i Waldemara Krężelewskiego rozwinęła się sekcja motorowodna. Klub miał 7 łodzi motorowych z silnikami “Niesob” i “As”, a nawet dwa kadłuby wyczynowych “listków”. Przy klubie powstała nawet delegatura PZMW, a oprócz członków klubu szkoleni byli także milicjanci, którzy później patrolowali wody całego województwa. Natomiast kajakarze organizowali rocznie 2-3 spływy i własne szkolenia. Wspólnie z “Głosem Koszalińskim” zorganizowany został BAŁTYCKI ZWIAD, czy rejs Omegami z Dźwirzyna do Łeby. Popłynęli żeglarze z TRAMPA oraz dziennikarze, a duszą przedsięwzięcia był redaktor Władysław Łuczak, jeden z najlepszych wówczas publicystów morskich w kraju.
Końcówkę lat sześćdziesiątych można śmiało nazwać ZŁOTYM OKRESEM koszalińskiego żeglarstwa. Wtedy to kontakt z klubem nawiązał profesor Andrzej Rzymkowski, autor niestety nie zrealizowanego projektu wystroju klubowej mesy. TRAMP pomagał w organizacji innych klubów żeglarskich. Dla Jacht Klubu WSInż wydał podręcznik żeglarstwa dla studentów “Podstawy Żeglarstwa” oraz wyszkolił instruktorów dla sekcji żeglarskiej “Gwardii. Byli wśród nich Henryk Bednarek-późniejszy długoletni prezes OZŻ w Szczecinie, Szczepan Borkowski i Józef Wasilewski. Do gwardyjskiej przystani przeszedł bosman Krzysztof Czajkowski. W TRAMPIE schedę po nim przejął jakiś czas później Teodor Newman. Sam klub przeszedł zaś pod skrzydła Ligi Obrony Kraju. W budynkach obok przystani powstało schronisko żeglarskie. Mieszkał tam bosman, a członkowie klubu mieli gdzie nocować, gdy się zasiedzieli na wodzie lub dłużej pracowali przy sprzęcie.
Początek lat siedemdziesiątych z jednej strony nieco uchylił bramy na szeroki świat, ale z drugiej strony by ją przejść trzeba było uporać się z mnóstwem biurokratycznych utrudnień. Wprowadzono tzw. “karty pływań morskich”, które później zastąpiono “klauzulami na pływania morskie” wystawianymi przez WKKFiT na wniosek klubu. Niestety władze LOK przekazały kołobrzeskiemu OSiR dwa trampowskie jachty ORKANA II i DAR KOSZALINA oraz fort w porcie jachtowym w Kołobrzegu. Tamci zaś kazali sobie płacić za każdą “dobokoję”. W klubie narastała frustracja. Znów ktoś rzucił pomysł budowy własnego, dużego, pełnomorskiego jachtu. Tym bardziej, że co roku przybywało sterników morskich oraz instruktorów. Zbigniew Drużba, Andrzej Piotrowski oraz Andrzej Dębiec już za pierwszym podejściem uzyskali w Trzebieży stopnie instruktorów i sterników morskich. Po roku Drużba i Piotrowski byli już kapitanami. Patent kapitański zdobył też Ryszard Wabik.
Decyzję o budowie jachtu morskiego dla TRAMPA podjęto trochę na wariackich papierach. Władze LOK umyły bowiem ręce i na WOJEWODĘ KOSZALIŃSKIEGO, jak później nazwano jednostkę, pieniędzy nie dały. Jej powstanie Grzegorz Rawęski tak wspominał po kilku latach:- Przez lata żeglowaliśmy na “Orkanie” i “Darze Koszalina” z napisem: port macierzysty Kołobrzeg. Jachty były małe, chętnych do żeglowania wielu i tak to w czasie jednego, jesiennego rejsu naszych żeglarzy na harcerskim jachcie “Płowce”, w zimnej i mrocznej mesie, zrodziła się myśl, a w ślad za nią decyzja o wybudowaniu jachtu morskiego “z prawdziwego zdarzenia”. Trwałego silnego i większego od innych. Oddanie cum szczecińskiej stoczni po rejsie i nagła wizyta u konstruktora, Kazimierza Michalskiego, były początkiem “Wojewody”. Wiedzieliśmy już wcześniej, że on “na desce ” ciekawą i odpowiadającą nam konstrukcję - przyspieszył więc obliczenia i rysunki, a mu mieliśmy już coś w ręku. Nawet kolejarze z pociągów relacji Szczecin - Koszalin bezwiednie przyczynili się do szybkiego wybudowania jednostki, przewożąc mokre jeszcze plany od p. Kazia - konstruktora, które po wyświetleniu, zwykle jeszcze tego samego dnia, ekstra pocztą samochodową jechały do Ustki lub Darłowa. Konstruktor - nieoceniony Kazio Michalski - za głowę się łapał, karpia robił i trabanta zajeżdżał … jadł w samochodzie, spał na traserni i kreślił nocami plany, a jacht rósł i coraz bliżej było wodowania. Z poważnych kłopotów, związanych z zakupem wysokiej klasy silnika, wyratowała nas szwedzka załoga robotnicza budująca “Sławodrzew”, przekazując w prezencie 36 konną Pentę.
Nie uniknęliśmy, jak to prawie zawsze przy budowie jednostek prototypowych, pomyłek. Kolejne śródokręcia miały 10 cm wyżej nogi od głów, a przy stole nawigacyjnym trzeba było pracować na klęczkach. “Mądre” urządzenie sterowe wysiadło zaraz za główkami kołobrzeskiego portu i trzeba było jak za króla Ćwieka, sterować przemyślnie wygiętym rurorumplem. Bardzo “chytra” konstrukcja WC i umywalki, umieszczona w zamykanej szafie, zlokalizowana tuż obok mesy, miała tę przykrą wadę, że “wszystko było czuć i słychać” w najbliższym i nieco odleglejszym sąsiedztwie tego przybytku. Przejścia z kabiny oficerskiej na rufie do centralnych pomieszczeń było obite specjalnymi odbijaczami chroniącymi “cenne” głowy oficerów, gdyż po kilkukrotnym sforsowaniu tych przejść … rzadko kiedy się nawigacja zgadzała. O tym wszystkim dowiedziały się załogi podczas pierwszych rejsów i sprawdziły to same na sobie. Jacht wyszedł jednak w terminie w dziewiczy rejs (20 IV 1976 - 12 X 1976) i z 18 żeglarzami “odwalił w nim 11 861 mil, odwiedzając 19 portów obcych i wracając w doskonałej kondycji. Z tych 18 żeglarzy 11 jest kapitanami i wielokrotnie miało okazję prowadzić “Wojewodę” na dalekich i bliższych morskich szlakach. Dziś “Wojewoda” ciągle upiększany i doskonalony, odkłada na logu kolejne tysiące mil w pracowitej służbie dla młodzieży klubu i całego koszalińskiego żeglarstwa. Trochę liczb przytoczyć warto; znudzić nie potrafią, a obraz będzie pełniejszy. W ciągu niepełnych ośmiu lat jacht przepłynął 65 475 mil morskich z 528 żeglarzami na pokładzie, zaszedł do 293 portów w 18 krajach. Niektórzy żeglarze pływali wielokrotnie. Największym portem, do jakiego zaszedł “Wojewoda” był Nowy York w 1976 roku, a najmniejszym pobliskie i płytkie Mrzeżyno, gdzie pod kapitanem Mietkiem Stemporowskim wzbudził latem 1982 roku sporą sensację wśród wczasowiczów i miejscowej ludności. Fakt ten uczczony został “wystawnym przyjęciem” w miejscowym bosmanacie tego zapomnianego i nieczęsto przez żeglarzy odwiedzanego porciku. “Wojewoda” ciężko pracował w swych 51 rejsach i w znoju osiągnął najdalszy cel swych dotychczasowych wojaży: groźny przylądek Horn.
Stało się to w 40 rejsie, 3 marca 1982 roku o godz. 03.00 GMT pod kapitanem Ryśkiem Wąbikiem z siedmioosobową klubową załogą i matką chrzestną p. E. Lisowską na pokładzie. Było to największe z dotychczasowych osiągnięć “Wojewody”, za co kapitan i część załogi otrzymali najwyższe krajowe żeglarskie wyróżnienie za rejs wyczynowy - nagrodę “Rejs Roku 1982″. Cieszyć się wypada z tych osiągnięć, dodając to, że wielu młodych żeglarzy, uczestników 51 rejsów “Wojewody”, wybrało pracę na morzu, a fakt zaprezentowania polskiej bandery sportowej na morzach świata (w wielu portach po raz pierwszy) i popularyzacja choćby przez nazwę jednostki - regionu koszalińskiego, mają poważne znaczenie wychowawcze i propagandowe.
Od podjęcia decyzji, uzasadnionej potrzebami środowiska, do czasu wypłynięcia w pierwszy zaoceaniczny rejs “Wojewoda” (”Operation Sail’76) z okazji 200 lecia - Stanów Zjednoczonych) minęło zaledwie 14 miesięcy. To mało i gdyby prowadzono statystyki powstawania jachtów nasz zajmowałby z pewnością jeśli nie pierwsze, to na pewno jedno z czołowych miejsc w tej niecodziennej konkurencji. Dziś, z perspektywy ośmiu lat pływania jednostki , nieco trudno oddać wiernie wielką spontaniczność, jaka towarzyszyła jej powstaniu. Czas zaciera niektóre wydarzenia i nie pozwala już dziś na sprawiedliwe uszeregowanie zasług i pracy zarówno osób indywidualnych, jak i wspomagających instytucji. Wspomnieć warto, że młodzież znosiła kolorowy złom i makulaturę, co zasobniejsi finansowo poświęcali czas i benzynę na częste dojazdy do Ustki i Darłowa, a wszyscy członkowie klubu i sympatycy żeglarstwa pomagali złotówkami . Awarie - są i będą zawsze, tak długo, jak długo będzie istniało żeglarstwo i jak długo będą jachty pływały. Te poważniejsze, na szczęście , omijały “Wojewodę”, lecz nie jest to wynikiem cudu (choć po każdym rejsie wznosi się nieco chumorystyczny toast “za cudowne ocalenie”), lecz wynikiem dobrego przygotowania do żeglugi, tak kadry kapitańskiej, oficerskiej i załóg, jak i pod względem technicznym samego jachtu. Od dawna już wiadomo, że morze jest najsurowszym egzaminatorem i fuchy nie przechodzą. Nie obyło się jednak bez nich zupełnie. Pod “wypożyczonym “kapitanem” Mario Sas-Bojarskim w lipcu 1977 roku jacht wplątał się nocą w nieoznakowane sieci rybackie, wskutek czego został uszkodzony rewers, błyskawicznie przez załogę po rejsie naprawiony- Przestoju nie było !
W piętnastym rejsie do portów Holandii, Belgii i Francji na Morzu Północnym, we wrześniu 1978 roku o godz. 04.05.; przy sile wiatru 5 stopni w skali Beauforta i sporym zafalowaniu pękł achersztag. Nastąpiło złamanie grotmasztu 2 metry nad pokładem. Po uratowaniu z takielunku wszystkiego co tylko możliwe, kolumna grota spoczęła na 40-metrowej głębokości, topiąc nadzieje załogi na resztę tak mile zapowiadającego się rejsu. “Wojewoda” pod silnikiem i na bezanie poszedł “leczyć rany” na Helgoland. Po czterodniowym postoju, okaleczony, lecz o własnych siłach, na silniku pod różnymi przemyślnymi wariantami kusego ożaglowania wracał do kraju, nie rezygnując z zajścia do Hamburga i Laböe.
Zaoszczędził kapitan Zbyszek Drużba sporo dolarów na remont masztu za granicą, w zamian za co otrzymaliśmy w kraju nowe duraluminiowe maszty i w prezencie od “Warty” krajowy, doskonały radar. To są sprawy wkalkulowane przez morze w ryzyko żeglugi. Wiemy, że jacht zawsze żeglował bezpiecznie i przez okres ośmiu lat włos z głowy nie spadł żadnemu członkowi załogi. Zwyczajowo jacht prowadzony jest w rejsach przez “własnych” kapitanów. Ta generalnie słuszna zasada zaczęła już w drugim roku eksploatacji jednostki procentować. Nikt nie może lepiej znać jachtu, jego wad i zalet, zwrotności, intencji i zdolności manewrowych, jak ci, którzy nadzorowali jego narodziny i znają go od stępki po topy masztów.
Nazwa zobowiązuje, ale na razie wojewodowie nasi częstymi gośćmi na pokładzie jachtu nie byli. Żaden z nich nigdy nie uczestniczył w najkrótszym nawet rejsie. Powiedział ktoś przy chrzcie jednostki, że w nazwie jachtu umieściliśmy “całą beczkę wazeliny” … Na to wygląda, choć tak naprawdę, to nazwę wybrało wysokie jury w wyniku ogólnopolskiego konkursu, rozpisanego wśród klubów żeglarskich. Wygrała go żeglarka z Wrocławia, szeroko, mądrze i historycznie uzasadniając tę nazwę. W wyniku wygranej uczestniczyła “za frajer” w jednym z ciekawszych rejsów i to razem z mężem. W naiwności swojej sądziliśmy, że natychmiast (lub jeszcze szybciej) dzięki nazwie otrzymamy od wojewody koszalińskiego stała znaczną dotację na bądź co bądź znaczne koszty utrzymania jednostki, na jej remonty i eksploatację. Próżne nadzieje … Wypadnie coś od czasu do czasu interwencyjnie, ale o stałym groszu na coraz droższe i coraz częstsze remonty cichutko. A od dłuższego już czasu regularnie, z początkiem każdego roku, ponawiane wnioski o stałą dotację pomijane są milczeniem. Pomyślcie o tym, czcigodni wojewodowie - wszak to flagowy jacht naszego regionu, godnie reprezentujący go na wodach świata. Wypada by na ten cel znalazło się co roku trochę grosza.
W ocenie miesięcznika “Żagle” s/y “Wojewoda Koszaliński” jest jednym z najlepiej eksploatowanych jachtów w Polsce, opinia Polskiego Związku Żeglarskiego w Warszawie jest z nią zbieżna. Przestoje międzyrejsowe ograniczają się w wielu przypadkach do godzin. Jacht pracowicie pływa od początku do końca sezonu nawigacyjnego, a po nim często w dalsze rejsy (np. Horn i wyprawa na Karaiby), by nie tracić zimy. Przestoje awaryjne nie występują, a drobne usterki usuwane są natychmiast. Wielka w tym zasługa naszych darłowskich żeglarzy z PPi UR “Kuter”, a i dyrekcji tego przedsiębiorstwa jacht nie jest “niechcianym dzieckiem”.
Czas biegnie nieubłaganie. “Wojewoda” jest coraz starszy, coraz większej i staranniejszej opieki wymaga, coraz częściej będzie stał w stoczni remontowej: i choć wiemy, że zabiegi te przywrócą mu pełną sprawność, bo jest dopiero “krzepkim panem w średnim wieku” i długo jeszcze posłuży młodzieży, to już teraz potrzebne są środki na remonty, a klub ma ich akurat tyle , co kot napłakał.
WOJEWODA pływa do dziś.Każdego roku na jego pokładzie żegluje około stu osób. Przez 22 lata jacht ten ani razu w sezonie nie “stał na kołkach”. Trzykrotnie przebył Atlantyk. Przepłyniętymi przez niego milami można by trzykrotnie opasać ziemski glob. Był goszczony w portach czterech kontynentów, a na jego pokładzie tysiące żeglarzy zdobyło morskie szlify.
W latach siedemdziesiątych przekazano innym klubom część jednostek śródlądowych. Na pozostałym sprzęcie zaczęła odnosić sukcesy Sekcja Regatowa, działająca pod kierunkiem Zbigniewa Machnowskiego. Młodzi żeglarze z TRAMPA zdobyli mistrzostwo okręgu w Cadetach i OK-dinghy. Krzyś Makowski z Maćkiem Siwkiem na trzy lata dostali się do kadry narodowej w klasie Cadet, a w 1972 r. zajęli III miejsce w Mistrzostwach Polski. Wielokrotnie regaty Pucharu Polski w klasie OK-dinghy wygrywał Wiesiek Machnowski. W tym czasie w klubie pojawiła się nowa “dezeta”, która do dziś pełni rolę podstawowej jednostki szkoleniowej. Natomiast komandorowi Mieczysławowi Mechowi nie udała się próba wprowadzenia całkowitej prohibicji na przystani. Opór materii był zbyt silny.
Pod koniec dekady LOK popadał w coraz większą zapaść finansową. Może dlatego, że musiał utrzymywać coraz liczniejszą armię sklerotycznych pułkowników, których trzeba było przechować do emerytury. Klub musiał więc zacząć samodzielnie starać się o pieniądze. Wynajęto różnym firmom 6 pokoików klubowych. Nieco grosza przynosiła piętnastoosobowa motorówka SYRENKA oraz przerobiony z szalupy SŁOŃ. Woziło się wczasowiczów po Jamnie im jakoś szło. Także WOJEWODA zarabiał na siebie czarterami. Zaczęło jednak brakować pieniędzy na sekcję regatową. Trzeba było nieco obniżyć loty.
Fundusze, a raczej ich niedostatek, determinowały działalność TRAMPA także w latach osiemdziesiątych. Trzeba było wprowadzić odpłatność za darmowe dotychczas szkolenia. Rozwijano więc je też intensywnie. Podniesiono również składki klubowe, które wcześniej były raczej symboliczne. Część klubowego terenu została wydzierżawiona pod najrozmaitsze: kioski, budki i “szczęki”. Nie wyglądało to najładniej, ale z czegoś żyć klub musiał. Mimo trudności działalność TRAMPA nie zamarła. Andrzej Dębiec, wspólnie z dyrektorem “poprawczaka” Lesławem Fukietem, zorganizowali rejsy na WOJEWODZIE KOSZALIŃSKIM dla trudnej młodzieży. Miała to być dla nich lekcja uczciwego życia. Ta inicjatywa została dość mocno nagłośniona przez media. W ślad za tym znalazły się pieniądze z Ministerstwa Sprawiedliwości. W “poprawczaku” powstał zaś klub żeglarski OCEANIK.
Co roku WOJEWODA płynął w rejs z młodzieżą z południowej części województwa. Ta akcja, oprócz swej społecznej wymowy, dawała trochę pieniędzy na utrzymanie jednostki. Płacili też czarterujący ją żeglarze z głębi kraju. Coraz więcej miejsca na przystani było odnajmowane handlarzom. Ze strony LOK przestały bowiem płynąć jakiekolwiek pieniądze. A jednak dzięki przemyślności ówczesnych władz klubu: kontynuowane były rejsy morskie, szło szkolenie, a żeglarze zdobywali wyższe umiejętności i stopnie. Niestety z roku na rok coraz intensywniej wykruszał się stary sprzęt pływający. Utrzymanie drewnianych Omeg, Piratów oraz najrozmaitszych drobnoustrojów było zresztą bardzo kosztowne. Z tego powodu,lecz głównie ze względu na bezpieczeństwo użytkowników, stopniowo łódki te likwidowano. Przyniosło to trochę pieniędzy. Z drugiej strony klub przegrał sprawę w sądzie i musiał zapłacić żeglarzom z Radomia darmowym rejsem na WOJEWODZIE. Natomiast kolejny proces udało się wygrać. Chodziło o odszkodowanie za Omegi zniszczone podczas podróży koleją z Bułgarii. Wygrać w sądzie z PKP - to był precedens na skalę krajową.
Stopniowo prywatyzowała się klubowa “stajnia”. W końcu doszło do tego, że własnością TRAMPA została w zasadzie tylko flotylla szkoleniowa: Dezety, Omega, Skiper, Cadety i Optymisty. W zamian klub umożliwił swoim członkom zbudowanie własnych łódek. Motorem przedsięwzięcia był bosman Teodor Neuman, który zdobył formy do budowy plastikowych kadłubów. Klub zapewnił także: pomieszczenia, narzędzia i energię. W ten sposób powstała cała eskadra: Fok, Gig i mniejszych łódek. Po pewnym czasie większość miejsca przy kei zajmowały już prywatne jachty.
Największymi tragediami w historii TRAMPA była śmierć trójki żeglarzy z Omegi F-194 oraz utonięcie instruktora Marka Jańca. Być może wypadków tych można było uniknąć gdyby panowały wtedy inne porządki na przystani ? … Gdyby była sprawna jednostka ratunkowa ? Podobne pytania członkowie klubu stawiali jeszcze długo. Był to szok i zarazem lekcja pokory. Otrzaskani z dalekimi morzami i oceanami boleśnie przypomnieli sobie jak niebezpieczna może być każda woda, a szczególnie płytkie, kapryśne i burzliwe Jamno.
W trwającej jeszcze ostatniej dekadzie wieku klub TRAMP dość długo wydobywał się z organizacyjnej i finansowej zapaści. To lata panowania komandora Lecha Wiśniewskiego, jednogłośnie wybranego na tę funkcję w początku lat dziewięćdziesiątych. On i zaproponowany przez niego zarząd funkcjonują nieprzerwanie trzecią już kadencję. Nowe porządki zaczęły się od zdobycia SZUWARKA - jednostki ratowniczej, która choć mała, to dysponuje wysokoprężnym silnikiem Volvo dużej mocy. WOJEWODA KOSZALIŃSKI, po latach pływań przeszedł wreszcie kapitalny remont i uzyskał nową klasę morską. Pojawił się na nim nowy silnik Krab, wymieniono żagle, kupiono urządzenie do nawigacji satelitarnej GPS, przebudowano wnętrze. Jacht odzyskał młodość i zaczął chodzić pod żaglami praktycznie od maja do listopada. Dzięki dyrektorowi Franciszkowi Kupraczowi odżyły też dobre kontakty z darłowskim KUTREM, gdzie WOJEWODA ma swoje zimowe leże. TRAMP podjął się szkolenia żeglarzy z Darłowa, a w zamian wicekomandor klubu Jarek Jaśkiewicz uzyskał możliwości, by dobraną ekipą dbać o flagową jednostkę. Klub ma też nieoficjalny organ prasowy. Redagowana przez Grzegorza Rawęskiego ZĘZA ukazuje się już od sześciu lat, najpierw na łamach “Gońca Pomorskiego”, a teraz w “Głosie Koszalińskim”.
Między innymi dzięki temu, że “strategicznym sponsorem” TRAMPA został właściciel MK Cafe Marek Kwaśnicki klub złapał drugi oddech. Dzięki niemu oraz komandorowi Wiśniewskiemu z mieleńskim klubem związało się w ostatnich latach wiele “głośnych nazwisk” polskiego żeglarstwa. Odnowili kontakty dawni członkowie, których los rozrzucił po całym świecie. Koszalińskich żeglarzy coraz częściej można było spotkać na dalekich morzach. Dzięki nim, na jednej z tropikalnych wysepek ukonstytuowała się KARAIBSKA REPUBLIKA ŻEGLARSKA. Według Kuby J. Łuczkiewicza, jednego z “Ojców Założycieli”, wyglądało to mniej więcej tak: - Minęło trzydzieści lat. Opuszczona wieża wartownicza WOP pozostała ponurym pomnikiem tamtych dni, a koszalińscy żeglarze są już doświadczonymi wilkami morskimi . Na szczęście nie zapomnieli o swych młodzieńczych marzeniach i wreszcie, po latach wyruszyli na owe “ciepłe morza”. W archipelagu wysp Bahama znaleźli malowniczą wysepkę o nazwie SANDY CAY i ustanowili na niej Karaibską Republikę Żeglarską. Ceremonia założycielska była bardzo egzotyczna. Były uroczyste przemowy, wyjście z morza ze sztandarem, był też rum kokosowy, a wszystkiemu przyglądały się z niekłamanym podziwem dzikie iguany. Ojcowie założyciele (bo tak się tytułują ci, którzy dotarli na wyspę ) wręczyli sobie akty nadania obywatelstwa oraz uchwalili konstytucję i daty świąt narodowych. Nie zapomnieli nawet o wybraniu narodowych potraw i trunków, których receptury pozostają jednak tajemnicą. Historyczne chwile narodzin Republiki zostały udokumentowane na filmie, który dziś ma archiwalną wartość.
Na czele Republiki Żeglarskiej stoi Prezydent Andrzej W. Piotrowski. Jego kadencja jest dożywotnia, podobnie jak kadencja Rady Konstytucyjnej utworzonej przez Ojców Założycieli. Ponieważ Stany Zjednoczone są najbliższym i najpotężniejszym sąsiadem Republiki Żeglarskiej, najważniejsze zabiegi dyplomatyczne dokonywane są właśnie tam.
Zgodnie z Konstytucją, Karaibska Republika Żeglarska ma charakter elitarny. Według danych z 20 czerwca 1997 r. tworzy ją 35 Obywateli i 6 branek. Zarówno Obywatele jak i Branki muszą, przed uzyskaniem certyfikatu naturalizacyjnego, spełnić niezwykle rygorystyczne kryteria, głównie intelektualne.
Mimo, że Republika jest państwem nautycznym (jedynym na świecie), to od czasu do czasu zaznacza swą obecność na lądzie. W tym celu już dwukrotnie zorganizowano uroczyste Bankiety Karaibskiej Republiki Żeglarskiej z udziałem wielu znakomitych gości. Ostatni uświetniony został nadaniem Obywatelstwa KRŻ Jerzemu Wąsowiczowi i Andrzejowi Sochajowi, którzy na jachcie ANTICA “bardzo dokładnie i szczegółowo” opłynęli kulę ziemską, dwukrotnie goszcząc na terytorium Republiki.
W marcu 1997 r. władze Karaibskiej Republiki Żeglarskiej wyruszyły na kolejne podboje terytorialne, kładąc tym razem szczególny nacisk na opanowanie świata podwodnego. Pod sprawnym dowództwem Naczelnego Nurka KRŻ Bogusława Lindy, oddział poborowych Podwodnej Piechoty Morskiej w składzie: Marek Kondrat, Wojciech Malajkat, Zbigniew Zamachowski, Maciej Dworak i sanitariusz Juliusz Rodzewicz, prawie bezkrwawo opanował rafy koralowe. Cały oddział “z marszu” (niemal z butlami na plecach i w płetwach) przyjęty do grona Obywateli KRŻ. Barwna wyprawa, łącznie z emocjonującymi wydarzeniami pod wodą, została udokumentowana. w Karaibskiej Kronice Filmowej (wyd. 1/97)
Komandor TRAMPA został wybrany najpierw prezesem KOZŻ, a następnie wiceprezesem PZŻ i szefem Głównej Komisji Morskiej. Okazało się to niestety ogromnie szkodliwe dla jego portfela i wątroby. Klub jednak na nowo stał się INSTYTUCJĄ.
Dzięki organizowanym późną jesienią rejsach dziennikarskich zawiązało się MORSKIE BRACTWO DZIENNIKARZY, które postawiło sobie cel propagowania żeglarstwa i wszystkiego związanego z morzem, a klubu TRAMP w szczególności. Odżyły nadzieje na oczyszczenie Jamna, otwarcie jeziora na morze i marinę w Unieściu nad kanałem. Na polskim wybrzeżu budują się porty i przystanie jachtowe …
Nowe pięćdzisięciolecie też może być ciekawe. W każdym razie wszyscy niech czują się zaproszeni na 100 - lecie TRAMPA.
KOMANDORZY KLUBU
w układzie chronologicznym
* Lucjan Kotarski
* Tadeusz Gawałkiewicz
* Franciszek Rabieżyński
* Eugeniusz Rawęski
* Józef Kaźmierczak
* Walenty Rembeza
* Andrzej Drobik
* Stanisław Grubowski
* Mieczysław Mech
* Ryszard Wabik
* Tadeusz Topczewski
* Marek Rzemieniecki
* Zbigniew Drużba
* Lech Wiśniewski
niektórzy z nich pełnili tę funkcję wielokrotnie
KIEROWNICY KLUBU MORSKIEGO
* Lucjan Kotarski
* Grzegorz Rawęski
* Teodor Neuman
* Henryk Molenda
BOSMANI KLUBOWI
* Mateusz Jakim
* Kazimierz Choiński
* Józef Przybylski
* Krzysztof Czajkowski
* Jan Przybylski
* Czesław Pietrzak
* Czesław Głowaczewski
* Teodor Neuman
* Zygmunt Nagański
* Andrzej Dębiec
* Ryszard Mazik
* Mieczysław Glinka
KAPITANOWIE JACHTOWI
* Zbigniew Drużba
* Jan Kiełkiewicz
* Włodzimierz Żywno
* Tadeusz Stępień
* Zbigniew Bobiński
* Andrzej Piotrowski
INSTRUKTORZY ŻEGLARSTWA
* Ryszard Gasik
* Zbigniew Drużba
* Mieczysław Glinka
* Janusz Ostrowski
* Zbigniew Bobiński
* Andrzej Piotrowski
* Tadeusz Stępień
* Edmund Bogdziewicz
* Grzegorz Rawęski
* Lucjan Kotarski
* Tadeusz Gawałkiewicz
* Zbigniew Zając
* Zbigniew Rupniewski
* Andrzej Dębiec
* Włodzimierz Żywno
WIELKIE NAZWISKA “TRAMPA”
Zbigniew Puchalski - kapitan “Mirandy”, samotny rejs przez Atlantyk w 1971 r., udział w TARS’72, wokółziemskie regaty Copernicus’73, samotny rejs dookoła świata na jachcie bez silnika, badanie na uniwersytecie w Canberze systemów nawigacyjnych ludów Oceanii.
Ludomir Mączka - Jedenastoletnia włóczęga na “Marii” po wodach całego świata.
Roman Paszke - skiper MK Cafe - jachtu, który w 1997 r. zdobył Admiral’s Cup.
Ryszard Wabik - rejs na “Wojewodzie Koszalińskim” wokół Hornu, rejs dookoła świata na “Tropicielu”.
Andrzej Piotrowski - wielokrotne przepłynięcie Atlantyku oraz rejs po Missisipi na “Solidarity”, prezydent Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, honorowy komandor YC “Joseph Conrad” w Chicago, organizator zlotów żeglarzy polonijnych.
Zbigniew Drużba - rejsy na “Wojewodzie” przez Atlantyk.
Wiesław i Krzysztof Machnowscy i Maciej Siwek - członkowie kadry narodowej w klasie Cadet i OK - dinghy.
Artur Żebrowski - samotne przejście przez Atlantyk na jachcie “Albatros” bez silnika i samosteru.
Piotr Burczyński - jeden z najwybitniejszych i najbardziej utytułowanych żeglarzy lodowych na świecie.
KLUB ZOSTAŁ ODZNACZONY:
- Medalem 1000 - lecia Państwa Polskiego
- Złotą Odznaką “Za zasługi dla LOK”
- Honorową Odznaką “Za zasługi dla województwa koszalińskiego”
- Odznaką “Za zasługi dla Koszalina”
© Copyright by Klub Morski Tramp
© Copyright by Tomasz Rogowski
